Ateny. Mało elegancki Pół-Przewodnik.

Co zbyt zagorzalsi czytelnicy zapewne zorientowali się, że wyjeżdżając gdzieś nie staram się zbytnio przykładać do części organizacyjnej. Nie planuję więcej niż noclegu i dotarcia do celu. Zresztą lwią część tego i tak odwala moja połowica, która osiąga w tym swoiste mistrzostwo świata wytrącając mi wszelkie chęci do podejmowania rękawicy przy każdym następnym razie, bo boję zderzyć się potem z własnymi wyborami w rzeczywistości.
Przewodniki są zazwyczaj przeterminowane i napisane przez jakiegoś zniewieściałego podróżnika z saszetką pod pachą, a większość blogów tak nastawiona na konkretną indywidualność, że gdybym miał czerpać jakąś wiedzę z tych fajnych – najpierw musiałbym nauczyć się jeździć na rowerze.

Dlatego postanowiłem dzisiaj, że spróbuję Was przekonać do czegoś – do czego sam nie jestem przekonany, czyli przeczytania mojego subiektywnego pół-przewodnika po Atenach dodając (mam nadzieję) nowy wątek w mojej osobistej blogosferze. Będzie bez ogródek i zbędnego kolorowania.
Zaczynam od Aten, bo jestem w nich zakochany i na świeżo po powrocie.

Zajebiste miasto.

Teoretycznie by wystarczyło.
Ale znam kilka zajebistych i to one stanęły również do boju o styczniowy city-break. Cztery dni nagrody za nerwową końcówkę roku. Amsterdam, Londyn, Rzym, coś tam jeszcze we włoszech, Malta i zimny Sztokholm. Sztokholm dostał się na listę z dziką kartą tylko z powodu niskiej ceny biletu. Prze-niskiej. Ale odpadł z niej równie brawurowo, jak się na nią wdrapał, bo nie chcieliśmy w styczniu zmarznąć jeszcze bardziej, ale po okropnej jesieni zobaczyć czy jeszcze istnieje Słońce, czy PiS już je również zagospodarował jak Puszczę.
Ateny. Nowy kierunek z Katowic i nadzieja na trochę ciepła.
ŁUP! Lecimy.

Ogólnie to nie przepadam za miastami, które od wbicia łopaty i śmierci pierwszego urbanisty każde skrzyżowane projektują pod odwiedziny turystów. Wszystko piękne, lśniące i nijakie. Ateny miały kilka tysięcy lat na to, żeby pochować zbyt wielu urbanistów od planowania. I to widać.
Budynki wklejane w całą perspektywę miasta dzielą się na dwie grupy: te, które ledwo stoją i wyglądają jak po pożarze oraz te ładne i nowe, do których są przylepione. Ale bezwzględnie wszystkie biorą udział w konkursie na najgłupsze grafitti świata. Budynek bez grafitti przyciąga oko swoją bezczelną nijakością na tyle, że można po nich śmiało nawigować do zamierzonego celu.
Fajne To! Bardzo!

Myślałem że Nowy Jork to stolica światowego malowania po czymkolwiek i opuszczonych straszących zabudowań, ale ich Brooklyn czy Bronx mają się jak Rumburak do Merlina, jak Korona Królów do Gry o Tron. Jak Zenek Martyniuk do Michaela Jacksona.
Wstydź się Nowy Jorku! Wstydź!!
Tam też kiedyś Giuliani wpadł na pomysł i pozamiatał wszystkich kloszardów z Manhattanu. A potem coraz dalej, aż nawet pozamykał metro na noc, żeby nie kusiło fanów „Dextera” to realizacji fantazji filmowych w czyn na biednych bezdomnych, a bezdomnym swoich brudnych igieł na Twoim tyłku. No może jakiś tam sie trafi, ale wtedy w trzy sekundy wpada specjalny oddział trzyliterowej rządowej Agencji i chłopisko ląduje w 5 minut w Strefie 51 na 320 lat.
Ateny, pomimo, że są starsze od Wielkiego Jabłka o jakieś nędzne 3 tysiąclecia, albo nie wpadły na pomysł takiego posprzątania, albo są wzorem wolności i luzu, wychodząc z założenia, że chodnik to takie samo miejsce publiczne w centrum jak na zadupiu i każdy może sobie leżakować gdzie chce. Szacun!
Ileż to dodaje pikanterii kiedy przechadzając się starymi uliczkami trzeba uważać żeby nie zaplątać się w czyjś śpiwór!

Miasto jak już powiedziałem jest rewelacyjne, ale jeszcze z kilku powodów. I nie będą to spasione koty, które wchodzą Ci do talerza kiedy ty kulturalnie starasz się znaleźć toaletę schowaną za kuchnią i wielkim garem z krewetkami na tyłach świetnej restauracji.
Nie dlatego, że metro jest punktualne, sterylnie czyste i tak cholernie dobrze oznaczone, że tylko idiota by sie w nim zgubił i zawiezie Cię do centrum spod samego samolotu za 10 euraków.
Nie dlatego, też, że mandarynki w styczniu można jeść prosto z drzewa, a ogromny park w samym centrum rozckliwia każdego – o ile nie nasra na Ciebie latająca wyżej papuga.
Po prostu dlatego, że w życiu nie widziałem takiego skupiska restauracji, knajp, knajpeczek, budek, fastfoodów (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), barów i kawiarni. Do tej pory myślałem, że Amsterdam robi robotę. Teraz myślę jednak, że Amsterdam po prostu bezczelnie wykorzystuje gastrofazę. Nic więcej.

Ale Ateny?!
Ten, kto wymyślił powiedzenie, że jak o 2-giej w nocy przejdziesz ulicami Nowego Jorku 100 metrów i nie znajdziesz czynnej knajpki – znaczy że nie jesteś już w Nowym Jorku – to nie był w Atenach. Tutaj 100 metrów to wieczność. Maraton, którego wątroba może nie wytrzymać. Po 200 metrach w Atenach nie jesteś w stanie już pamiętać czym zachwycałeś się w restauracji na początku swojej przechadzki, a po trzystu orientujesz się, że już ósmy raz z zachwytem stwierdzasz „ŁOJEJ! Tutaj musimy dzisiaj przyjść na kolację!”.
Wszędzie gdzie zdążyliśmy być – było znakomicie. Wszędzie gratis woda do kolacji (u nas to ciągle obowiązkowy punkt biznesplanu każdego restauratora!), obowiązkowe UZO na zakończenie również gratis, lub mały pyszny deserek podany ot tak, żebyś się mile zaskoczył. Nikt nie upomina się o napiwek być może dlatego, że wreszcie na coś przydały się te tysiące lat dojrzewania do pewnych decyzji i to ucywilizowano na level soft: w większości restauracji jest informacja, że „serwis w wysokości np. 13% jest wliczony już w cenę posiłku”. Można? Można!
Nie irytuje Cię, że kelner z muchami w nosie podaje Ci na końcu paragon z doliczoną kwotą do cen, a Ty jak zaskoczony pajac bierzesz się za analizowanie rachunku, bo nie wiesz skąd nagle się wzięło dodatkowe 20 EUR?! W Atenach wszystko jest juz w cenie.
A jeżeli uważasz, że kawa za 1,5 EUR czy świetna świeża Musaka za 6,5 EUR lub inne danie z barana, który jeszcze wczoraj sobie hasał w ogródku za kuchnią – w cenie 8EUR to normalna cena – dorzucasz kilka Euro napiwku extra do rachunku i widzisz magię.
Kelnerzy płaczą, kelnerki odprowadzają Cię wzrokiem do drzwi i machają chusteczką kłaniając się w pas… Magia, jakiej nie doświadczyłem już dawno: wdzięczny, radosny i szybki kelner.
A jechałem z przeświadczeniem, że to banda nierobów…
Pomimo, że jest tam dwa miliony knajp, a w każdej przesiaduje dwa miliony turystów – cała obsługa jest przemiła. Byłem pewien, że aby przeżyć coś takiego, muszę doczekać się amerykańskiego paszportu i pojechać w najbiedniejsze rejony Afryki. A tu ciach! Ateny!

O zabytkach nie będę wspominał. Bo są oczywiste. Cudowne i nadal stoją. W każdym miejscu miasta. Wyrastają wszędzie i dumnie ze wzgórz okalających miasto patrzą od tysięcy lat na nas maluczkich. Za 10 Euro można wejść na Akropol, przytulić się do kolumny która ma dwa tysiące lat z myślą, że tysiąc lat temu, kiedy Mieszko brał lubieżnie Dobrawę na stosie gałęzi, tu jakiś ogorzały Grek przytulał się w to samo miejsce co ja.
Kiedy u nas kwitł biznes stawiania szałasów, Grecy stawiali miasta i budowali teatry z marmuru, które po małym fejsliftingu mogłyby działać do dzisiaj.
I jeszcze wydaje się, że dzisiaj ogólno narodowym interesem każdego Greka jest handel meblami. Meble, krzesła, dodatki. I to tak dizajnerskie, jakich nie powstydziliby się manszardzi w Mediolanie.
Chociaż pewnie umarliby ze wstydu w jakich warunkach są prezentowane…

Dlatego powiem Wam, że Ateny skradły moje serce.
Udało mi się to spuentować w jednym zdaniu do kumpla, szybko napisanym, ale bardzo, cholernie trafnym:
SYF JAK W NOWYM JORKU, KLIMAT JAK NA SYCYLI, TANIO JAK W POLSCE – SMACZNIE JAK W DOMU.
Resztę zobaczcie na króciutkim filmie.

Jeżeli po tej „recenzji” przekonałem choćby jedną osobę do tego, aby tam poleciała – czuję sie już Grekiem.
Do miłego zobaczenia w Atenach!

ADI07743_obr

PODSUMOWANIE: 
– przelot z Katowic tam i nazad: 230zł na osobę.
– hotel w samiuśkim centrum, predestynującym do pięciu gwiazdek: około 350zł (cena za dwie osoby)
– metro (bilet 90min) z lotniska do centrum: 10 Eur
– średnia cena dużego dobrego obiadu w centrum: 8EUR
– cena na obrzeżu – 6EUR.
– cena suvlaki (odpowiednik knyszy/pity) – od 2,5 EUR
– wino typu House Wine – 1 LITR (co tu się rozdrabniać) – w restauracji przy głownej uliczce starego miasta: 12 EUR. Nieco obok – już tyko 10. W sklepie – od 4 EUR.

Reklamy

Wiem gdzie mieszka szatan. Jest pomiotem VIBOVITu.

Trzydzieści lat temu marzyłem o bananie, gumach do żucia i Vibovicie. Tak. Vibovicie. Biało-niebieskie pudełko z cudownym, słodko-kwaśnym proszkiem rozpuszczającym się w ustach. Level hard to był Visolvit. UUU! To już było wiadomo, że ktoś ma jawne układy w aptece i musiał wiedzieć jak załatwić deficytową linkę do sprzęgła Syreny, bo byle kto wielkiej paki Visolvitu nie pchał sobie do gęby.

Zaszeregowanie klasowe ewidentnie w oczach 10-cio latka zależne było od dostępu do dealera vibovitu.

Dzisiaj, cały ten misterny plan rządzenia światem padł na ryj. Jakieś tajne stowarzyszenie pokroju Iluminatów stwierdziło, że wycofają z rynku Vibovit i zadadzą ostateczny cios elitom niszcząc Visolvit, a na ich miejsce stworzono miliard osiemset sześćdziesiąt dwa tysiące innych, łatwo dostępnych i pożądanych nędznych imitacji na każdą dolegliwość.

Komunistyczny odłam Iluminatów, który upał się, aby dostęp do tego typu uzdrawiaczy miał każdy, komu się one zamarzą, rozpowszechnił zarówno potrzebę jak i środek. Cel i narzędzie w jednym. I wymyślił w porozumieniu z diabłem iście szatański wynalazek: SUPLEMENT DIETY.

Do tej pory nie miałem pojęcia, że potrzebuję łykać tabletkę kiedy chcę się pozbyć wody z organizmu, oraz kiedy chcę ją na następny dzień zatrzymać. Tabletkę na pot, tabletkę na nerwy i tabletkę to, aby żołądek nie spał tylko wziął się do roboty i przerobił to co zjadłem, bo bez tego zapewne się zatkam. Ale jeżeli się zatkam – łuup! dzięki specjalnej herbatce i tylko dzięki niej mogę w końcu porządnie się wysrać, ale przy tym profilaktycznie powinienem od razu posmarować się maścią, żeby nie było. Hemoridów oczywiście.

Żeby nie było również, powinienem dziecku dawać co chwilę syrop na gorączkę, kiedy tylko jego temperatura wzrośnie do 36,8 oraz brać rutynę i witaminę D, kiedy tylko w Wiadomościach obwieszczą jesień, bo bez tego depresja murowana. Ale, ale – na depresję również czeka na mnie kilka perfekcyjnych tableteczek. Cyk – i już po.

Tabletki na krążenie krwi z nogach, na pełniejszy oddech, na bicie serca i brak wypieków na twarzy. Na kaszel normalny, suchy, mokry i bylejaki. Bylebyś łyknął coś, kiedy tylko Cię zaswędzi. Na brak kaszlu i kaszel po papierosach. Na smród z gęby i spod pachy. Ale żeby nie śmierdziało – zamiast się myć, możesz przecież zastosować jeden z dezodorantów, które przecież gwarantują nie 24 godziny, a dwanaście lat zatkania porów i świeżości rodem z kenijskich wodospadów!

Na koniec zamiast przykładać wagę na to co żrę – mogę kupić wiaderko cudnych specyfików, które mnie odtłuszczą w tydzień robiąc ze mnie króla osiedlowego fitnessu. I będę mógł się śmiać w twarz wszystkim wyciskającym poty na siłowni frajerom: Haha!

A jeżeli pod koniec dnia zapychania się od rana tabletkami na wszystko mój przyjaciel nie będzie chciał stanąć na wysokości zadania, żaden problem. Konar zapłonie w chwilę. Wystarczy dwie tabletki i staję się Leonidasem napompowanym testosteronem z czteropakiem na brzuchu, gotowym do walki z całą watahą dziewic. I nie tylko. Do białego rana. Bez wysiłku. Bo zresztą jak się zmęczę, to na szafce czekają na mnie tableteczki na uspokojenie i ciśnienie. Luz.

Bez suplementów stanie mi nie tylko konar, ale i wątroba. Włosy zaczną mi wychodzić garściami ze łba, zapomnę co miałem zrobić rano, a wyciąg z tego i owego zapewni mi wymiar, wagę, humor i kondycję.

Tak.
Mhm.
Idę łyknąć wino.
I gdybym tylko miał – Vibovit.
Jutro zjem piętkę przaśnego chleba z solą, popiję zimnym mlekiem.
Na pohybel.

Amen.

Business is business…! 

– Pani Kochana, a wie Pani gdzie jest Woodstok? – zaczął gwałtownie zaczepnym tekstem w kierunku klozet-babci, której głowa aż wychyliła się z małego okienka, w tym samym czasie szarpiąc się z rozporkiem domykając go do końca – Wie Pani?

– Co?? – zdziwiona twarz z nad talerza z drobnymi nie przejawiała ani zainteresowania ani trwogi o brak udzielenia prawidłowej odpowiedzi. 

– No Woodstock? Wie Pani gdzie organizuje Owsiak ten swój przystanek? – drążył swoje pytanie przeczesując wąsa. 

Minąłem go bokiem i zamknąłem się w jedynej kabinie męskiej w tym przybytku. Toaleta publiczna przy plaży nie należała do zbyt uczęszczanych, ale w tym momencie nie chciałem, nie mogłem roztrząsać dylematu czy to dobrze wydane 2zł. 

Zaryglowałem drzwi i nastawiłem uszu. 

– No, na pewno nie tutaj – skwitowała babcia – daleko. Nie tutaj. – jej ton nie pozostawał wątpliwości jaki ma stosunek do czegoś, o czym słyszała tylko z telewizji. 

– No Pani… To ja wiem! Bo ja stamtąd jestem. Na motorku to jakieś 3 godziny! Ale na motorku to nie można i piwka walnąć, ani papieroska zakurzyć. Ale na motorku to szybko. Szybciej niż autocarkiem. Autocarkiem to Pani wygoda..! – przeciągnął ostatnią głoskę żeby zaakcentować wagę wypowiadanych słów – można nawet pośpiewać jak się towarzystwo trafi. 

Facet miał grubo po sześćdziesiątce. Kapelusz zapewne z lat kawalerskich w połączeniu z jeansami lekko rozchylanymi ku dołowi, oraz za dużą, mocno przetartą imitacją skóry na jakich cyganie zbili majątek – mogły sugerować że jest albo pod mocnym wpływem hipsterskiej fali, albo zalicza się do – niestety – większej części emerytów, którzy mają ważniejsze zmartwienia niż styl. 

Spodziewałem się politycznych deklaracji i mocnych epitetów w kierunku satatnistycznej organizacji Jurka Owsiaka i jego mafijnych zapędów pod przykrywką festiwalu. Wyostrzyłem zmysł słuchu do granic możliwości stając nad pisuarem. 

– To jest Kostrzyn. Nad Odrą. Pani kochana! – zachłysnął się, dając sekundę ciszy Pani babci, która oceniając go na pierwszy rzut oka tak jak ja spostrzegła: 

– No idź Pan! Nie zazdroszczę! – jęknęła – niepotrzebne to. I dobrze że daleko! – prychnęła. 

Facet widocznie był tak szczęśliwy że opróżnił pęcherz, że zauważał tylko pozytywy rozmowy. 

– eee tam, daleko, mówię Pani: autocarkiem dłużej, motorkiem szybciej, ale wolę autocarkiem. Wygodniej. – wciągnął powietrze – a i mówię Pani, dzięki temu Owsiakowi wszystko tam mamy. On nam Kostrzyn we wszystko wyposażył – i straż pożarną, i szpital we wszystko, i policję. Mamy wszystko co najnowocześniejsze. No wystarczy że poproszą. I mają! A i ta młodzież taka fajna. Ile ja Pani z nimi tego browaru wypiłem..! – rozmarzył się – i postawią, i pośpiewamy razem! 

Na chwilę zapanowała cisza. Wyszedłem z kabiny rzucając okiem na małe okienko. Rozentuzjazmowany Pan stał czesząc się grzebykiem, jakby nie dostrzegając, że jego interlokutorka schowała się głębiej za małe okienko. 

– A Pani, co całe miasto zarobi przez te kilka dni! Hohoho! Sklepikarze żyją przez następnych kilka miesięcy z tego festiwalu! – zrobił pauzę i popatrzył jej prosto w twarz nachylając się do niej – a takie przybytki jak Pani? Ha! Kolejki! Setki, tysiące ludzi. Ale by tam Pani zarobiła….! – pokiwał głową. 

Ożywiła się wychylając przez okienko twarz, delikatnie jedną ręką rwiąc papier na kawałki. 

– Noo Panie, ale u nas to niestety nikt takiego festiwalu nie zorganizuje… U nas brakuje takich ludzi. A by się zarobiło, nie powiem! Zarobiłoby się…. 

Wyszedłem zeskakując ze schodków. 

Właśnie byłem świadkiem czegoś pięknego.

Jest nadzieja.
Rewal 27.08.17

Czy heterosexualna miłość staje się obciachem? Czy to już inwazja gejów?

2e1137621502429388ab3c40e9527a3a

Kocham dobre kino. I nie chodzi mi o wygodne fotele i popcorn, tylko raczej o film. Nie jestem być może wykwintnym znawcą i nie zamierzam udawać, że zęby zjadłem na Fellinim czy innym Kurosawie. Od dziecka wolę Woody Allena niż Bernardo Bertollucciego, a dobry film nie oznacza w nim całkowitego braku akcji czy nawet Schwarzenegera. Kiedy mój mózg jeszcze chłonął wszystko i bezrefleksyjnie zapisywał nie przewidując, że zbliża się już nieuchronnie moment, w którym zabraknie w nim miejsca na zapamiętanie drugiego numeru PIN do karty lub numeru telefonu do rodzonej matki – wszystkie sceny z filmów jakie wywarły na mnie wrażenie zostawały zaplombowane i zamknięte. Na Amen. W głowie. Sceny z „Dwunastu Gniewnych Ludzi”, dialogi z „Kariery Nikodema Dyzmy”, wymowne spojrzenia i życiowe rady z „Prawa Bronxu”, czy pomysły jak wytłumaczyć kobiece majtki na głowie („Dziewczyna z komputera”) – to wszystko zostało mi w pamięci i przypomina się każdego dnia w codziennych sytuacjach. Kiedy stoję przed upierdliwym klientem nie jestem w stanie zapanować nad myślą „co by zrobił Walter White” i z jaką miną by to zrobił… Jestem trochę jak główny bohater filmu „Dream On” (w spolszczonej wersji „Życie jak sen”), w którym każde jego przemyślenie było przejściem na jakąś scenę filmową z wymowną wypowiedzią (najczęściej czarno-białą). Pamietacie? Świetny!

życie jak sen

I nastały czasy nowych filmów i seriali.
Nowe efekty, nowe nieskrępowane pomysły, sky is a limit.

Zabójstwa tak wyrafinowane o jakich nie śniło się nawet najbardziej psychopatycznym mordercom. Pościgi samochodowe tak destrukcyjne dla całych połaci miasta jakie wcześniej można było zobaczyć jedynie w filmach katastroficznych o tsunami. Filmy wojenne sprzed kilku dekad w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami to jak porównanie Bolka i Lolka do Czasu Apokalipsy. Seriale ciągną się latami bez definitywnego końca, aż pomysłowość scenarzysty sięga dna po dwudziestym trzecim sezonie, a Ty włączasz sobie nowy.
Kino, Netflix, Showmax, HBO i tysiąc innych kanałów. Milion premier rocznie.

A w każdym z nich – homoseksualiści. Naprawdę?!
To jakiś spisek Iluminatów, czy ustalenia jakiejś sekty gejów-producentów spotykającej się w katakumbach Hollywood, która chce nam wmówić, że to jest tak powszechne i naturalne, że muszę, dosłownie muszę być traktowany czyimś fiutem prosto w twarz?

W dzisiejszym geopolitycznym, bardzo zróżnicowanym świecie uznaję za oczywistą poprawność polityczną, kiedy reżyserzy starają się, aby główni bohaterowie zawsze byli różnego koloru skóry, a nawet wyznania, nawet jeżeli scenariusz zakładał co innego. Pewnie nie zwróciliście na to uwagi, ale zapewniam Was że o ile jeszcze jakiś faszystowski, zdeterminowany reżyser odważy się na przedstawienie Wam pary dwóch białych kumpli, o tyle żaden nie odważy się już stworzyć paczki trójki przyjaciół o nordycko-słowiańskim kolorze powłoki. No chyba że chodzi o gang pedofilów, to wtedy jasne że tak.
A homoseksualizm? Skoro jeden facet woli smród drugiego – niech tak będzie. Jeżeli zamiast delikatności skóry kobiety, jej miękkości i delikatności woli ciągnąć za włosy na tyłku swojego ukochanego – jego sprawa. Niech się całują gdzie chcą, chodzą za rękę i patrzą w zachód słońca tak jak ja. Naprawdę. Szacun dla wszystkich, którzy mają jaja, żeby się z tym nie chować i próbują żyć normalnie. Zarówno kobiet jak i mężczyzn. Gejów i Lesbijek. Jestem z Wami.
Ale żeby za pomocą każdego filmu i spierać mi mózg, że to jest tak bardzo naturalne i powszechne jak kupowanie w Biedronce – tego już nie zdzierżę i proszę: odpuścicie nam!

Czy naprawdę obrazicie się jeżeli w jakimś filmie nie będzie pocałunku dwóch facetów? Czy uznacie to za dyskryminację, jeżeli nawet w dziesięcioosobowej paczce przyjaciół nie odnajdzie się żaden gej??
Czy będzie to powodem do bojkotu serialu jeżeli przez wszystkie osiem sezonów nie pojawi się w nim żaden wątek miłości między dwiema kobietami? Lub facetami…??

Statystyki mówią jasno, iż w najbardziej wybujałych badaniach to maksymalnie 3% populacji. Trzy osoby na sto mają skłonności do zakochania się w osobie tej samej płci. Trzy.
Na sto.

Ale według Netfilxa, HBO czy każdej nowej produkcji filmowej ostatnich kilku lat miętolący się namiętnie faceci występują w takiej samej ilości co kochające się damsko-męskie pary. Na każdą zakochaną parę w fimie musi przypadać przynajmniej jeden Gej.
Oglądasz sobie jakiś serial kryminalny – kochanek zabił Geja. Puszczasz sobie film obyczajowy o dzieciach – musisz chcąc nie chcąc zacząć zastanawiać się jak to robią ze sobą dwie kobiety, które właśnie walczą o prawo do dziecka z jego ojcem, i wygrywają, bo on nie umie robić prania.
Ale, ale! Nie! Nie musisz się zastanawiać jak to robią, bo w następnej scenie już masz wszystko podane na talerzu i następnej i tak jeszcze ze trzy razy do końca filmu…
Fajny film o sportowcu? Gej, który właśnie odkrył, że jego kolega bokser to też gej i od razu zdobywa medal.
O studentach? Połowa to geje, którzy najpierw byli hetero, ale popróbowali na jakiejś imprezie i okazało się co? No co..?
Facet był stuprocentowym twardzielem przez połowę filmu i właśnie zabił i zjadł swoją ofiarę? Co z tego! Spotkał przypadkiem homoseksualistę, który do niego mrugnął, otarł się o jego paznokieć – i patrzcie: w moment odnalazł w sobie rasowego Geja tarzającego się w łóżku jak nigdy dotąd zadając sobie pytanie „co ja do tej pory robiłem z kobietą?!”…

Dużo oglądam. Dużo czytam. Skoro tak mało jest w książkach o homoseksualnej miłości – skąd takie ambicje u filmowców?

Kiedy przez ostatnie 20 lat myślałem, że jest mi tak daleko do homofoba, jak daleka może być dla mnie myśl o przejechaniu rowerem Europy, tak w ostatnim czasie zaczynam się nerwowo zastanawiać co będą oglądać moje dzieci. O ile będąc świadomym europejczykiem, cywilizowanym i w miarę normalnym człowiekiem uczyłbym ich absolutnej tolerancji i szacunku dla homoseksualistów, o tyle szlag mnie trafia, że zaczynam być skazany na podprogowe wpieranie im poprzez filmy, że gejów i lesbijek jest na świecie tak samo dużo jak osób heteroseksualnych – co oczywiście jest absurdalną manipulacją, fikcją i bzdurą. I że jest to tak samo naturalne jak miłość dwojga osób przeciwnej płci. Czy muszę być przeciwwagą i tłumaczyć im sam, a przy tym wychodzić na małomiasteczkowego gbura, homofoba właśnie?

A moje dzieci zamiast fantastycznych scen pełnych dialogów od jakich puchnie mi głowa, będą dorastały oglądając sączącą się prawdę z telewizora o tym, że na każdego hetero przypada na pewno, minimalnie jeden homo.
Mieszkając sobie spokojnie w niewielkim, wojewódzkim mieście, będą dojrzewać gryząc się z myślami, że w otaczającym ich realnym świecie …
… COŚ JEST JEDNAK NIE TAK.

Amen.

KUR DOMOWY: czy to jeszcze bohater? Z życia biznesmena. Wspólnika swojej żony.

8:15 – budzę się po kilku nocnych obchodach: wygonić kota, poklepać rozbudzającego się Franka, znowu wygonić kota. Po 4tej rano przymknąć roletę, żeby księżyc nie świecił mi prosto w pysk.

8:25 – podwójna kawa i o 9:01 wyjeżdżam do magla zawieźć i odebrać pościel do naszych apartamentów. Około 9:36 wjeżdżam do domu, poganiam kopniakami dzieci, pakuję je za włosy do auta i pędzimy na 10tą zawieźć na trening Zosię. Punktualnie wjeżdżamy na stadion lekkoatletyczny.

Z Frankiem puszczamy głośniej muzykę i jedziemy zawieźć pościel, ale po drodze dostaję wiadomość, że czegoś tam zabrakło i muszę kupić kilka rzeczy. Norma.
Wbiegamy do Pierdonki, popycham syna, żeby się nie ociągał, co chwilę krzycząc chwytliwe „Sznella! Sznella!”.

Ze sklepu wybiegamy około 10:25 i w tumanach kurzu wpadamy na parking apartamentów pięć minut później. Wyrzucam wszystko, witam się z żoną, która tradycyjnie szybciej rozpoczęła dzień, zabieram nową wypraną pościel do magla i lotem błyskawicy jadę tam znowu, żeby dorzucić do poprzedniego.
O 10:50 w drodze powrotnej do miasta mijam dom i stwierdzam, że zamiast czekać kilkanaście minut na Zosię – wstąpię i zrobię coś pożytecznego. Wbiegamy do domu, a ja wydaję komendy:

– Franek! Masz 15 min, możesz grać! GO!

Franek rzuca się na komputer, a ja na kuchnię i wielką rozpierduchę tam panującą po ultra szybkim śniadaniu. Składam, ścieram i nastawiam zmywarkę. Nastawiam mięso na obiad – wymyślam błyskawicznie karczek w sosie oraz piersi z kurczaka z duszynimi pomidorkami, cebulą i ogólną zajebiozą zapachową dla moich zmysłów. Pstryk! 20 minut – widać już blaty i zlew, więc można zwiewać.

– FRAAAAAANEKKK!!! – drę gębę na cały dom. Ten karnie rzuca się o dziwo do auta. Chyba już wie, że w takich sytuacjach nie ma ze mną żartów.
Brama w oddali zamyka się za naszymi palcami, a dzikie mustangi rozbiegają się sprzed naszej maski uciekając w popłochu.
O 11: 30 wjeżdżamy na stadion i zabieram drugie dziecko, które sprężystym krokiem ćwiczy już jak dobrze wyglądać pomimo zmęczenia.
11:45 jesteśmy znowu w apartamentach, odbieram tam kilka rzeczy zostawione dla mnie przez Anię i pędem do domu.
Robię zbiórkę, przeliczam dzieci i zostawiam je ku wielkiej uciesze samopas.
Komputery należą do nich bez ględzenia starych. To są dopiero wakacje!

12:10 melduję się w drugiej firmie. Pod nieobecność Jacka – pakuję przesyłki. Dzisiaj są tylko cztery. Owijam folią, zaklejam, wystawiam listy przewozowe i podgłaśniam radio. Szybkie siku i o 13:25 odpalam silnik mokry jak kura i zasuwam do domu.
O 13:40 po przekroczeniu progu kuchni dowiaduję się, że moje mięsko zostało prawie doszczętnie spalone przez Córkę, która twierdzi że je doglądała, ale jakoś tak wyszło. Zupełnie jak w dowcipie o ucieczce żółwi z ZOO: „to był moment!” wmawia mi….
Gaszę pioruny w głowie, ratuję co się da, a krzykiem który musi dotrzeć na piętro – uświadamiam Frankowi że musi zacząć się zbierać, bo za 40 min zaczyna mu się lekcja perkusji w centrum miasta. A to dobre 12km.
Wykorzystując żar w piekarniku i brak czasu nastawiam ziemniaki do pieczenia, obsypuję przyprawami i groźnym wzrokiem wymuszam na Zosi deklarację większej uwagi.
Jak Flash błyskawicznie zapełniam drugi raz zmywarkę z dumą stwierdzając, że wreszcie zobaczyłem dno w zlewie.
W drodze do centrum same empatyczne, lewackie ciapy wpuszczające miliard samochodów z bocznych, podporządkowanych ulic popychają mnie do myśli, w której muszę kupić sobie jakąś broń. A przynajmniej kij baseballowy do wymachiwania przez okno.
Spóźniamy się 4 minuty na półgodzinną lekcję. O 14:34 wpycham mojego siedmiolatka z pałeczkami i biegnę dwa skrzyżowania dalej do serwisu sprawdzić jaką wymówką potraktują mnie w twarz w sprawie oddanego dwa tygdonie wcześniej tableta. Na dworze 38 stopni w cieniu, więc moja przechadzka kończy się jak wszystko w tym dniu – jestem mokry jak KUR.
14:50 opuszczam serwis wiedząc tyle co do tej pory, „że nadal naprawa jest w trakcie”, ale lżejszy o kilka kilo pary wykrzyczanej na gościa za ladą. Podobno za dwa dni ma być zrobiony. Spalone mięso – pomszczone!
15:01 Franek kończy lekcje i jedziemy na kolejne zajęcia z sensoryki. Specjaliści stwierdzili, że ma problem bo nie potrafi stać na gumowej piłce z zamkniętymi oczami przez dwa dni bo gubi równowagę oraz nie lubi się czołgać. Cholera.
Sam nie wiem czy w jego wieku lubiłem się czołgać. No ale nikt mnie nie gonił na zajęcia korekcyjne za 80zł za godzinę. FUCK!
O 15:15 macham mu na pożegnanie i już podjeżdżam na parking pod pobliskie Tesco. Dzieci wybłagały mnie o coś słodkiego,a w  domu brakuje tego i owego. Biegam z koszykiem, rozpychając się łokciami i tratując wszystkie babcie w drodze do kasy. Mam raptem 45 minut na dojazdy i zakupy.
Z wywalonym językiem ledwo zdążyłem po dziecko przed jego wyjściem z pokoju. I znowu spocony udaję, że czekałem tu na niego od OHOHOHOHO….
16:00 – wracamy do domu drąc gęby do AC DC w aucie.
Tym razem ziemniaki przetrwały.
Kończę obiad.
Wołam dzieci i wymuszam żeby zjadły do końca. Ziemniaki okazały się hitem.

Wchodzi małżonka. Ona wygospodarowała sobie przerwę, bo teoretycznie powinna dymać do 22giej na apartamentach.
Mi została jeszcze dzisiaj odpowiedź na kilka maili, zrobienie jednej oferty. Koszenie trawy i podlewanie kwiatów. Walkę z opryskiem zostawię sobie na jutro.

Robię na talerzu układ jak w Bisto u Wojtka Basiury vel Amaro, żeby moje spalone mięso nie przyćmiło moich starań i podaję Żonie.

Moja córka kończąc jeść, pyta chcąc być miła:
– I jak tam tato? Jak tam w pracy dzisiaj? Spoko?

I po takim dniu jak dziś, po przejechaniu 116 kilometrów po tak małym mieście jak Opole, ganiając za własnym ogonem od samego rana, pocąc się i nie mając czasu nawet na spokojną kawę, nie wiem co mam odpowiedzieć mojemu dziecku tak, aby nadal być jej bohaterem…

Hę?

Rock Radio: cichy i systematyczny zabójca rocka.

American Woman a klasyka rzucanego pawia. 

Muzyka w radio to dość poważna część tego, na co chcąc nie chcąc jesteśmy skazani i dość ważny kawałek życia.
Dlatego jeżeli jeszcze raz usłyszę American Woman w Rock Radio – z wielką pompą zwymiotuję na najbliższy głośnik.

Kiedy około rok temu zmieniali zupełnie ramówkę i cały styl radia – bardzo się ucieszyłem. Klasyka rocka miała ukoić moje uszy po wszędobylskim popowym łajnie lecącym na zmianę w każdej rentownej stacji.
Od RMFu po ESKĘ, od lokalnej stacji po ogólnopolską, każdy muzyczny dyrektor obwieszczał światu, że pomimo, iż chciałby puszczać coś innego – nie może, ponieważ badania rynku które właśnie trzyma w ręku udowadniają, że ludzie chcą, pragną i wręcz żądają jedynego słusznego nurtu muzycznego w swoich uszach: POPU i tak się szczęśliwie składa, że on akurat ma te piosenki o których gawiedź marzy.
Podobno ludzie chcą słuchać utwory wykonawców, o których nawet nie mieli do tej pory pojęcia.
Ponoć ze spazmatycznym uśmiechem i ulgą (tak mówią badania!) przyjmują kolejną nowość serwowaną nam przez producentów muzycznych, których celem istnienia nie jest szukanie dinozaurów muzyki, tylko kupienie sobie kolejnej nowiutkiej wyspy.
To dlatego wmawia się nam, że piosenki które serwują ci nędzni bezkręgowi dyrektorowie muzyczni to są właśnie te najlepsze z najlepszych, przesiane przez sito badań i list przebojów.
A ja tak sobie myślę, że to gówno prawda.
I sama  świadomość, że jedynym kryterium tego, co podaje nam radio jest wynikiem opłacenia przez producenta określonej ilości odtworzeń danej piosenki na antenie za gruby szmal powoduje we mnie wielkie poczucie manipulacji, której nie chcę się poddawać.
Wmawia mi się, że chciałem tego słuchać od początku, poprzez wielokrotne, do znudzenia puszczanie w kółko tego samego. Aż chcąc nie chcąc najpierw zaczynam to nucić, a następnie tęsknić za jeszcze jednym i jeszcze jednym posłuchaniem.

Reminiscencja.
Świat muzyczny dowiedział się o efekcie reminiscencji i zadrżał, kiedy w REJSIE Maklakiewicz powiedział „Ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już słyszałem.
To przez reminiscencję. No jakże może mi się podobać piosenka, którą pierwszy raz w życiu słyszę…?!
„.
Przeklęty Maklakiewicz. Gdyby nie on, może w odbiornikach mielibyśmy pełną różnorodność, a DJ obsługujący swoje audycje naprawdę puszczaliby to co im w duszy gra. A nie to, do czego obliguje ich umowa z producentem…
No dobra. Ale co do tego ma American Woman zapytacie?
No właśnie.
O ile byłem w jakiejś części pełen zrozumienia, że stacja komercyjna musi z czegoś żyć i zamiast nerwów miałem tylko do nich żal, że nie mają kompletnie jaj aby od czasu do czasu przemycić coś innego – o tyle kiedy pojawiło się Rock Radio i obwieściło, że będzie grać klasykę rocka – cieszyłem się jak dziecko z nowej pieluchy.
Klasyka Rocka…. Mniam!
Tysiące, tysiące rewelacyjnych utworów, kilka dekad do wyboru, setki wykonawców, w których można przebierać jak w ulęgałkach.

Można. Ale wydawcy Rock Radia mają to w dupie.
Ich cała ramówka opiera się na tych samych, granych w kółko czterech składankach kupionych w Media Markt na wyprzedaży.
Mając do dyspozycji milion utworów i pole do popisu dziesięć razy większe niż popowe radia, które muszą grać nowości – robią z nas totalnych skretyniałych i ogłuchłych imbecyli puszczając w kółko i w kółko dziesięć utworów na krzyż. Nie wiem co oni biorą, ale trzeba mieć naprawdę zepsuty odsłuch w słuchawce, żeby z takim samym, niezmiennym i niesłabnącym entuzjazmem zapowiadać pieprzone American Woman, The Clash i Thin Lizzy na przemian z Metallicą w utworze Whiskey in the jar… Kiedy słyszę podniecony głos pseudo DJ-a, który po raz 18ty od poniedziałku zapowiada The Who – mogę zakładać się o każde pieniądze świata, że będzie to My Generation.
Czy Wy, redaktorzy dumnie brzmiącego Rock Radia naprawdę nie macie pojęcia, że takie dinozaury mają również inne utwory? Obrażacie całą cudowną twórczość Queen, AC DC czy Janis Joplin wałkując w kółko jedną i tą samą piosenkę. Jedną i tą samą. Osiem razy dziennie…
Idioci.
Ignoranci.
Niestety, ale kończy się to tylko w jedną stronę: Reminiscencja odwrócona.

W mojej firmie, gdzie rozporządzeniem zarządu wydano nakaz słuchania Rock Radia, pewnego dnia przychodzę i staję jak wryty. W tle szemrze mi C-Bool ze swoim hitem. Pop okala cały mój showroom, a rytmiczne pląsy wiercą me uszy. Radio ESKA.
Przy komputerze zmarnowany basista dwóch rokowych zespołów. Szara eminencja rynku outletowego w Europie.
Patrzę na niego z lekkim wyrzutem, ale zaczynam rozumieć. On też.
Przerywa ciszę:
– Panie Adamie przepraszam, ale już nie wytrzymałem. Nie dałem rady. Od rana już dwa razy leciało American Woman a mamy dopiero 11tą…

PS.

Z uporem maniaka, bezwzględnie katuję swoją muzyką ze Spotify moje dzieci. Nie poddaję się.
Po dwóch tygodniach słuchania KORN, który jest jak agresywny antybiotyk na chorobę zwaną popem mój siedmioletni syn po wejściu do auta i włączeniu radia – popatrzył na mnie pytająco:
TATO? A CZEMU NIE KORN?!

Uff.
Reminiscencja działa!

Szukasz nowych znajomych? Zacznij kosić trawę!

Mówi się, że aby poznać nowych ludzi, trzeba po prostu ruszyć dupę i wyjść z domu.
Piękne w swej prostocie i trudne do obalenia. Czasy są ciężkie, wszyscy pędzimy żeby zdążyć.
Zdążyć dojechać, wysłać maila, dooglądać niedokończony serial, po wino…
W pewnym wieku, kiedy ilość zobowiązań jest na tyle przytłaczająca, a w naszych planach siania dobra i uśmiechu – w widnokręgu pojawiają się również dzieci – czasu jest coraz mniej na poznawanie nowych ludzi.
Ponad 7 milionów Polaków jest zadeklarowanymi singlami z ponadprzeciętnymi ciągotami do depresji i sklepu monopolowego, zapewnie nie dlatego, że urodzili się z chęcią do bycia samotnikiem, tylko dlatego, że zamiast próbować kogoś poznać – zapieprzali jak woły kopiąc rowy w Londynie, żeby zaszpanować nowym Golfem po powrocie.
Więc jeżeli jesteście zdesperowani, ponieważ Wasza praca wpycha Was w odchłań tych samych codziennych mordek i szanse na poznanie kogoś fajnego oscylują koło zera bezwzględnego – możecie skorzystać z wielu internetowych poradników i zapisać się na jakieś zajęcia na przykład lepienia garnków, albo haftowania. Przy wspólnym dzierganiu nie takie się zawiązywały przyjaźnie, mówię Wam! Możecie podglądać swoich znajomych w jakich wydarzeniach biorą udział i tam po cichu niby przypadkiem również zaglądać udając zainteresowanie tematem. Możecie zapisać się jako Wolontariusz do domu starców, gdzie na pewno przy podcieraniu komuś tyłka poznacie kogoś wartościowego. Możesz też pożyczyć sobie psa od sąsiada i łazić z nim po parku udając, że bardzo Cię interesuje jego los, a tymczasem wypatrując jakiejś fajnej, samotnej osoby również z pożyczonym psem.

Lub możesz tak jak ja – pójść kosić trawę!

Moja – chociaż trudno ją pełnoprawnie i z dumą nazwać trawą, bo ledwo ją widać zza liści babki lekarskiej, mniszków, kwiatów rzepaku, mleczy – po skoszeniu wygląda całkiem zielono i może oszukać satelity Googla, że faktycznie mam wokół domu ładny kawał zieleni.
Więc szykuję się od lat do aktualizacji map i ruszam tyłek z fotela, biorę stare styrane klapki, byle jaką koszulkę i wychodzę z domu.
Koszę sobie spokojnie, pot cieknie mi po plecach, marne 30 stopni pali mi kark.
Zmuszony do poprawiania co chwilę kosza w kosiarce, znany z innowacyjnego lenistwa robię to nie puszczając spustu z silnika żeby zaoszczędzić trzy setne sekundy – narażam moje palce w drugiej ręce i upycham ściętą trawę głębiej w kosz. Dzięki temu, regularnie co kilkanaście minut zostaję obdmuchany w moją morką gębę ścinkami ziemi i trawy. Moje stopy są już czarne, ręce mogą śmiało dublować dłonie najbardziej zapracowanego kowala w jakiejś amerykańskiej średniowiecznej superproducji.
Po czterech godzinach walki mam dość.
Siadam w krześle, strzepuję z siebie ile mogę i z pogardą patrzę na pozostałą prawie-połowę zielska do skoszenia. Odkładam to na następny dzień.
Wyjmuję telefon z kieszeni.
I jakże mi się miło robi, bo wyglądając się jak pożal się Boże łachudra, brudny i spocony i w połowie czarny z ziemi, a w połowie zielony od trawy, bez dbania o styl, bez używania siły intelektu, bez tryskania dobrym humorem, czy prężenia muskuł – właśnie poznałem kilka nowych, fantastycznych dziewczyn!
Mój SMART-telefon będąc w kieszeni postanowił mi pomóc w życiu towarzyskim i nie zważając na ewentualne pytania mojej żony – zaprosił samodzielnie kilka przypadkowych osób do grona moich znajomych na Facebooku.
Zgadnijcie?
Wszystkie dziewczyny, kompletnie mi nie znane, entuzjastycznie, szybciutko i bez szemrania te zaproszenia przyjęły!
I tak zaczęła się nasza dozgonna, nieoczekiwana przyjaźń. Mam kilka nowych koleżanek, do których mogę coś napisać, zamachać ręką, a nawet poobserwować gdzie się wybierają i co lubią. Bez wychodzenia zza płot, ale jednak w myśl zasady – z domu. Bez stawiania kawy i upokorzających umizgów. Prosto, szybko i za darmo.
Fantastyczny jest ten Facebook! No niesamowity!!!

A jeszcze bardziej ludzie, którzy bezrefleksyjnie podchodzą do tematu wpuszczania do swoich znajomych moją kosiarkę…
I jak tu wychować dzieci, żeby celem samym w sobie nie było posiadanie miliarda nowych znajomych, a jedynym kryterium do ich zaakceptowania był jeden wspólny znajomy..? Hę?

Uważajcie!
Bo ja już się nie mogę doczekać jutra. Jutro też będę kosił.